Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozmowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 listopada 2013

Gadułeczki piątkowe - z polskimi przyjaciółmi...

Oglądalismy ostatnio zdjęcia. I natrafilismy na momenty z wakacji, jedyne i niepowtarzalne. Minęło już kilka miesięcy, a w moich wspomnieniach jakby wczoraj to było...
Ale nie tylko w moich, Leosia uśmiechy, a Gabrysia komentowanie zdjęć było świeże, dzisiejsze jakby, widać, że obecne dle niego, że Łusia i Miłek obecni, że chce się o tym myśleć po prostu i pamiętać :)

Przyjaźń - dla serca.
Dla języka wspaniały przysiółek.

Pamiętacie pisałam jakiś czas temu o jednojęzycznych przysiółkach, jaka jest ich rola we wspieraniu języka.
Nie ma nic lepszego dla naszych dwujęzycznych dzieci jak przyjaźń i czas spędzany z polskojęzycznymi rówieśnikami. Rodzi się wówczas natruralna potrzeba komunikacji, wynikająca z pragnienia nawiązania kontaktu, naradzenia się w sekrecie, przeprowadzenia planu zdobycia księżniczki, ugotowania wspólnej zupy z bliżej nieokreślonego zielska...
Dziecko mówi, po polsku, mimochodem, nieświadomie prawie, ćwiczy, próbuje, przymierza się do języka, sprawdza, co wychodzi, co jest zrozumiane. I w ten sposób uczy się. W przyjaźni, w ciepłym klimacie, w dobrych rękach, przy czułym spojrzeniu.
Tak nam było tego roku u Ali i Irka. Dziękujemy Wam z całego serca! I z całej buzi! :)

Jesli tylko macie okazję korzystajcie z takich przyczółków, w Polsce u rodziny, u przyjaciół. Jesli nie macie, szukajciem otwierajcie oczy i uszy! Nas przyczółek sam znalazł wraz z Alowym zaproszeniem :) 
Im dzieci większe tym ważniejsze dla nich takie miejsca. Na poczatku inicjujcie spotkania, potem może Wasze dzieci będą już je inicjować same :)
Jest to czas niesmowicie cenny - językowo, emocjonalnie, wspomnieniowo - dla dzieci frajda i dobre doświadczenie związane z Polską, dla rodziców niesamowite wsparcie!


A tutaj krótka kronika z komentarzami Gabrysia grubo post factum:


Ale śmiesznie! Kulę próbujemy pchać


A to Struś Pędziwiatr, nawet Łusia się śmiała ha ha ha
 (wyobrażacie sobie, on nawet dokładnie pamieta, co tego dnia oglądali!)




Tutaj jestem! (W Zoo)


O! Lody! Ten krasnoludek miał dziesięć lodów

  

Karuzela!!!! Na konikach!


Łusia czyta...

Pociągi!


A i mamy też miały czas dla siebie na polskie pogaduchy -  Niezbędne dla zdrowia psychicznego matki na emigracji, to wie każdy :)


piątek, 8 listopada 2013

Z Tutusiem w Lille i w Poitiers - gadułeczki.

Dzisiaj chciałabym napisać o ważnych październikowych wydarzeniach. Oba minęły nam w towarzystwie Tutusia i jego przyjacioł.
Był to czas pieknych spotkań. Z polskimi mamami mieszkającymi we Francji, mamami którym przekazanie polskiej kultury i języka swoim dzieciom jest niesłychanie drogie. Byłam pod wrażeniem ich motywacji i wytrwałości!
Był to także czas wspaniałej zabawy z dziećmi, których oczy błyszczały entuzjazmem i ciekawością, rączki nie chciały wypuszczać kartonowych bohaterów, nóżki tupały w rytm zabaw ruchowych, a buzie śmiały się i mówiły po polsku!

5 października Zabawy Tutusia zostały zaproszone do Lille na północy Francji. Z okazji pięknej imprezy towarzyszącej świętowaniu partnerstwa Lille i Wrocławia, stowarzyszenie Lektura zorganizowało zajęcia dla najmłodszych. W czasie warsztatów językowch, które miałam przyjemność prowadzić (dzieki Agnieszce i Dagmarze i miastu Lille za zaproszenie!), dzieci odkrywały język polski, lub też go poglębiały. Był to czas prawdziwych spotkań dwukulturowych i dwujęzycznych!

 Czytamy z maluszkami


I z większymi też :)

 


Szukamy szczegółów w Łatkiem i Łapkiem




Kolorujemy Tutusiowe kolorowanki



Razem ze szczoteczką i łyżeczką odkrywamy tajniki dialogu - tutaj dziewczynka polskiego pochodzenia wprowadza swoją francuską  koleżankę w podstawy języka polskiego.



Ekipa Lektury, która pomagała mi w prowadzeniu warsztatów.
Kasiu, Marto, Gabrysiu, dzięki!




A 26 października Tutuś odwiedził polski klub zabawowy w Poitiers. Wraz z mamami i maluchami spędziliśmy wiele ważnych i bardzo przyjemnych momentów. Czas wypełniły nam dyskusja, rozmowy, zabawa z dziećmi, krótka prezentacja krakowskiej metody czytania oraz oczywiście warsztaty z Zabaw Tutusia. Wspaniałym mamom z Poitiers dziękuję za zaproszenie!


A tak ostatnio pięknie opisywała spotkanie jej córeczki z Zabawami Tutusia Agata.
http://wyczekana.blogspot.de/2013/10/zabawy-tutusia.html

Ps. Dostaję coraz wiecej zapytań odnośnie zorganizowania warsztatów w Paryżu.
Jest taka możliwość! Bardzo chętnie je przeprowadzę dla rodziców i ich małych dzieci. Robię więc dalszy rekonesans przedorganizacyjny :) - Czy są wśród nas chetni? (proszę o odpowiedzi tutaj, na mail lub na fb)

niedziela, 3 listopada 2013

Non omnis moriar - rozmowy z dziećmi o przemijaniu...

Od kilku dni zaduszkowe refleksje... pozwolę sobie dziś poruszyć temat trudny, niepopularny, wywołujacy lęk, chciałoby się odeń tak często uciec, są momenty, że się nie da...może na szczęście?
Nie jestem absolutnie zwolenniczką fascynacji śmiercią, czarnymi tematami, zamiłowania do gotyckich klimatów. Chciałabym, aby na śmierć spojrzeć z perspektywy życia, gdyż z takiej perspektywy patrzą na nią nasze dzieci.



Śmierć różne ma oblicza, dla jednych jest końcem, dla innych początkiem. Dla jednych beznadzieją dla drugich zmartwychwstaniem.
Śmierć rządzi się kilkoma prawami - nie można jej oddzielić od życia, nie można życia oddzielić od śmierci i tylko od nas zależy co ze śmiercią uczynimy w naszym życiu.
Na zdjęciu powyżej widzicie ciemność czy światło?
Nie można zobaczyć życia bez śmierci, nie można śmierci widzieć bez życia...To jest jak kontur, które je wyostrza, to jest odczynnik, które je wywołuje, to jest jak esencja, która nadaje sens.

Śmierć stanowi część życia. Separacja, rozłąka. To są nasze małe śmierci powszednie. Kiedy trzeba z czegoś zrezygnować, by wybrać coś innego, kiedy trzeba odjechać, kiedy trzeba w cień się usunąć, pozwolić komuś odejść. Umiera jakby część nas. Ale umiera często do nowego życia. Jeżeli damy sobie do tego prawo, jeżeli odważnie staniemy z trudnością w twarz. Śmierć nie ma ostatniego słowa.

Świadomość jej istnienia łączy nas z głeboką naturą człowieka, z wewnętrzną prawdą, z pragnieniem życia właśnie. Slynne Memento mori - Pamiętaj o śmierci, nieodłącznie istnieje z Pamiętaj o życiu. Uczą nas tego ci, którzy niedługo odejdą, którzy są już bliżej tej drugiej strony, pacjenci opieki paliatywnej. Nikt nie żyje bardziej intensywnie, wewnętrznie, relacyjnie niż właśnie ci ludzie. Chwytają jeszcze ostatnie sekundy życia, aby umieścić w nich, to co wartościowe, to co ważne, spotkanie, pojednanie, niewypowiedziane wcześniej Kocham Cie. Tak żyją ci, którzy będą umierać. Mało jest cenniejszych spotkań niż właśnie z takimi osobami, pisze o tym wiele Marie de Hennezel, miałam niezwykłe szczęście doświadczać tego wielokrotnie w mojej pracy.
Umieramy tak, jak przeżyliśmy życie - w spokoju, w wewnętrznym rozdarciu... mówią czesto ci, którzy są blisko umierających. Ja chciałabym powiedzieć dziś; żyjemy tak, jak myslimy o śmierci. Czy nasze życie jest ucieczką? Czy żyjemy w zgodzie z naszymi wewnetrznymi wartościami? Czy umiemy poprosić o przebaczenie i wybaczyć? Czy odważamy się kochać i mówić o naszej miłości?

Dlaczego o tym piszę?
Otóż nasz stosunek do życia, śmierci decyduje o tym, co przekażemy w tej kwestii naszym dzieciom.
Strach? Lęk? Niepewność? Sekret? Spokój?

Różne bywają dziecięc poszukiwania:

Mamo, a gdzie jest pradziadek?
A! w niebie! synek sam sobie odpowiada
Z Panem Jezusem i Świetym Mikołajem? pyta
Odchodzi uspokojony


Kilka dni później

Mamusiu; nie chcę być duży
Podnoszę oczy znad blatu kuchennego, patrzę niewidząco na synka, gdzie mi sie podziała ta cebula...
Mamusiu nie chcę być duży, nie chcę rosnąć
Uśmiecham się myśląc, ze to aluzja do ulubionego Piotrusia Pana, zaczynam więc żartować i wynjadywać dobre strony bycia dorosłym...mylę się, niedobrze słuchałam, nie usłyszałam
Mamusiu nie chcę być stary
Mamusiu...nie chcę umrzeć...
Mamusiu, nie chcę, żebyć umarła...

Dzieci o śmierci? Tętniące życiem, do życia nieustannie nas przywołujące, nawołujące..
A jednak.
Dzieci myślą o śmierci, mówią o niej, przeżywają lęki z nią związane, wspominają bliskich, którzy odeszli. I jak to dzieci, nie wahają się, przynajmniej do pewnego wieku, poruszać tego trudnego tematu. Ten dziecięcy apel to jest wyraz naszych głębokich odczuć, trudno obok przejść obojętnie. Trzeba usłyszeć, nań odpowiedzieć, nie zostawić dziecka samego w tym egzystencjalnym oczekiwaniu. Niełatwo.
Bo to jest poszukiwanie egzystencjalne, próba odnalezienia sensu z wysokości tych stu dwudziestu centymetrów. To też pytanie, czy inni czują to samo, czy nie jestem odosobniony. To lęk, głeboki, prawdziwy, lęk rozdzielenia, które realizuje się w życiu i w śmierci.
Mimo tego nie powinniśmy się bać takich słów. Dziecko wyraża to, co czuje, co uniwersalne. Często tego typu wypowiedzi można usłyszeć około czwartego, piatego roku życia. W tym wieku dziecko już zdobyło świadomość swojej odrebności, świadomość tego, że otaczający świat nie jest idealny, w jakiś sposób świadomość skończoności. Z tą świadomością mogą pojawić się tego typu refleksje. Dobrze, gdy mogą być one wyrażone, że lęk nie musi gdzieś schodzić do podziemi i wyglądać stamtąd przez jakieś inne, nie do końca przez nas rozumiane i identyfikowane sposoby.

Mamusiu...nie chcę umrzeć...

Niby wiem o tych dziecięcych egzeystencjalnych poszukiwaniach, a jednak dech mi zaparło...co tu odpowiedzieć?
Czasem nie mamy odpowiedzi. Bo i nie o odpowiedź chodzi. Dziecko nie potrzebuje wywodu teologicznego, zapewnień, nierelanych przecież, że nigdy nie umrze. Nie potrzebuje pośpiesznej zmiany tematu, nerwowego śmiechu, cukierka na pocieszenie.
Dziecko potrzebuje prawdy, nie biologicznej, nie naukowej - ludzkiej. Ja też się boję śmierci, to normalne, wszyscy się boimy. Kwestia leży w tym, co z tym lękiem robimy, czy przed nim uciekamy, czy próbujemy go oswoić, czy szukamy sensu śmierci w życiu, jaki sens życiu nadajemy?
Więc ten lęk - nie do zagadania - do wysłuchania jest.

Druga rzecz bardzo przyziemna i materialna, a jak pomaga! Sczególnie w czasie żałoby, odejścia - pójść na cmentarz, rzucić kwiat, ostatni pocałunek złożyć. Potrzebujemy takich konkretnych gestów, aby przeżyć ważne wydarzenia na poziomie symbolicznym, abstrakcyjnym, emocjonalnym. Dzieci też ich potrzebują.
Nie bójmy się powiedzieć dziecku, ze bliska osoba umarła, ono i tak czuję, że fizycznie już jej nie ma. Prawda jest bardzo ważna, tylko prawda, na poziomie dziecka wypowiedziana, ale prawda. Gdy mówimy coś innego, dziecko wyczuwa, że coś się mija z rzeczywistością, i wytwarza sobie swoją własną wersję wydarzeń, często gorszą niż ta prawdziwa, niekiedy wzbudzającą w nim poczucie winy i strach. Prawda czyni wolnym. Także nas.

Jest też i trzecia sprawa, może najważniejsza, związana z tym co po śmierci. Wiara w istnienie POTEM bardzo tutaj wspiera.
Kwestia śmierci to kwestia egzystencjalna, zwiazana z tym co ponad, z trzecim po cielesnym i psychicznym wymiarze człowieka, duchowym, z Bogiem. Odwołanie sie do właśnie takich treści niezywkle pomaga, gdyż czasem trudno znalezc sens śmierci i przemijania gdzie indziej. W wierze jest nadzieja.
Non omis moriar, non ominis... 



piątek, 12 lipca 2013

Rozmawiać z dziećmi o emocjach...





nie jest łatwo...
A emocje i uczucia takie ważne... często nawet najważniejsze w tych małych serduchach, w tych ciałach rozwijających się, w relacjach ich i naszych. Wyznaczają kierunek działania, pokazują co dobre, a co niebezpieczne, i co najbardziej istotne: uczestniczą w tworzeniu się więzi z ważnymi postaciami w życiu dziecka. Więzi, które utkają jego życie jako osoby dorosłej, więzi, których jakość zweryfikują czas i próby, więzi na wzór których będą same kiedyś próbowały tkać własne - ze swoim małżonkiem, ze swoimi dziećmi...
Emocje i uczucia czasem są przyjemne, a czasem podbijają, kontrolują, przekraczają małą, kształtującą się Osobę. I wówczas dziecko nie potrafi sobie z nimi poradzić, a my z kolei nie potrafimy sobie poradzić z odczuciami, jakie przejawy emocji naszych dzieci u nas wywołują...

Jak to zrobić więc, żeby z dzieckiem o emocjach i uczuciach rozmawiać, żeby je uwolnić, żeby je z nim dzielić, żeby je z nim odkrywać, wyrazić, zrozumieć wytłumaczyć.

Nie da się tak po prostu przy stoliku usiąść i powiedzieć - A więc powiedz mi co czujesz i dlaczego. To znaczy da się, ale bardzo rzadko, wyjątkowo. Jak dziecko już wyćwiczone w zaglądaniu w głąb siebie, w mówieniu o swoich uczuciach, jak czuje się pewnie, ja się nie boi, jak ma zaufanie...
Ale zwykle należy znaleźć jakiś sposób dotarcia do dziecka by mówić z nim o uczuciach. Sposób w pierwszej linii niebezpośredni i czasem niewerbalny.

W mojej pracy z dziećmi dość szybko przeżyłam impas stolika. Próbowałam wówczas znaleźć jakiś inny klucz do przeżyć dziecka. Jeśli czuło się ono ze mną bezpiecznie zwykle udawało nam się odkryć jego uczucia i skryte przeżycia przy pomocy dramy czy zabawy symbolicznej, w czasie której wymyslalismy różne historie i odgrywaliśmy je wspólnie.

Ostatnio, gdzieś na jesieni, przeżyliśmy podobny impas stolika w domu. Gabryś ewidentnie nie czuł się dobrze, był poddenerwowany, czasami nawet agresywny w stosunku do brata czy kolegów.
Kiedy nawet nauczycielka zaczęła zwracać uwage na zachowanie synka. jasne było dla mnie, ze musimy coś z tym zrobić. Przyjrzałam mu się z uwagą - Gabriel był w gruncie rzeczy smutny, bo sam chyba nie wiedział jak ma wyjść  z honorem ze ślepej uliczki, w jakiej się znalazł.
Trzeba jakoś o tym porozmawiać, porozumieć się, aby mógł wyrazić co czuje. Bomba emocjonalna raz rozbrojona będzie o wiele  mniej groźna. Tylko jak? Próbowałam pytać, sugerować, prosić o jakis ślad, trop, co się stało, dlaczego - u synka cisza...

Kiedyś przy wspólnym malowaniu, wpadłam na pomysł stworzenie czegoś w rodzaju EMOCJONALNEJ PROGNOZY POGODY.
Nakreśliłam szybko kilka meteorologicznych wariantów, zobaczcie poniżej, żaden arytzm, ale jaki skutek!








Od lat pracuję w psychoterapii techniką metafory i tutaj ta metafora bardzo się nam przysłużyła.
Gabryś przylgnął do tego pomysłu od razu. Bardzo mu się spodobało mówienie mi co się dzieje w jego sercu -  czy jest tam słońce, czy deszcz, czy może błyskawice i nawet dlaczego!

Małe dzieci przede wszystkim rozumują na poziomie konkretnym, nie abstrakcyjnym. Łatwiej jest im na początku utożsamić się z tym, co widzą, co znają, radość z ciepłym słońcem, złość z przerażającymi błyskawicami i energią, deszcz z nostalgią, wyciszeniem, smutkiem.

Słowa określające emocje to symbole, które opisują jakiś stan emocjonalny. Stan niewidoczny, abstrakcyjny, mimo iż tak ważny. Dla nas posłużenie się sytuacją pogody było stoworzeniem pomostu pomiedzy światem konkretnym, a światem abstrakcyjnym, symbolicznym, słów, które opisują otaczającą nas rzeczywistość. Same emocje zawieszone są pomiedzy tymi dwoma światami: konkretnym (ze swoimi zewnetrznymi objawami jak czerwienienie się, marszczenie bwri, dołek w zołądku, kołatanie sreca) i abstrakcyjnym jak miłość, która nas uskrzydla, jak zawód, który boli gdzieś tam głęboko. Popatrzcie, nawet gdy sie o tym pisze potrzeba użyć metafory aby uczucie wyrazić, my też tak uczyniliśmy.

Nasza prognoza pogody zawisła na lodówce, i Gabryś często mówił, teraz z sercu mam słońce. O, teraz jest chmura...Rozmawialiśmy o tym i stopniowo do sytacji zaczęliśmy dopasowywać odpowiadające mu uczucie -  Ach to znaczy, że jesteś bardzo zadolwolony, tak?
Pojawiły się więc podpisy.




Nauczycielka po tygodniu już powiedziała, że u Gabrysia nastąpiła duż zmiana, tak się wyciszył...Szczerze mówiąc sama nie wierzyłam, że to może być tak skuteczne!
Dzisiaj Gabryś z o wiele wiekszą łatwością mówi o tym, co może odczuwać. Zwłaszcza gdy uda mi się go do tego zachęcić zanim nastapi eksplozja, takiego mam synka ;-)
A jak zapomnimy o naszej porognozie pogody, życie zwykle szybko zaprasza nas do jej odwiedzenia!

A co było w tej meteorologicznej przygodzie najważniejsze? To, że emocje wyrażać zaczął Gabryś po polsku, w moim języku, wyraził je swojej mamie...Po francusku mówił o nich już wcześniej i brakowało nam tego polskego "emocjonalnego połączenia".
Dlatego to tak ważne, aby pracować na wyrażaniem emocji w obu językach u dzieci dwujęzycznych.
Aby temu, co odczuwają w ciele, w sercu, w rodzinie, w szkole został nadany sens. Dla nich sens bedzie pełny jeżeli zostanie wyrażony w dwóch rzeczywistościach językowch.


sobota, 25 maja 2013

Piątkowe gadułeczki - kuchenne konsekwencje przyswajania wiedzy encyklopedycznej

We Francji, jak wiadomo, pomiędzy daniem głównym a deserem na stół wjeżdżają sery.

Dzisiaj przy serach taka konwersacja:

- Mamo, a z jakich cycusiów ten ser?

- ???? 
 
- Mamo, no z jakich cycusiów ten ser, pytam!

Nie mam pojęcia! Zastawiam się czy to jakiś wpływ polskich oscypków, którymi zajadaliśmy się w Zakopanem ze dwa tygodnie temu. Oscypki owszem kształty mają niczego sobie, ale żeby tak od razu...

- Mamo, no z jakich cycusiów ten ser, rozumiesz, czy nie?!?

No własnie sęk w tym, że nie rozumiem. ani w ząb nie rozumiem...
Nagle: A! Przypomniało się mi, że ostatnio przerabialismy poznawczo krowy, na łące, w książkach, na figurkach. A z krowami różne takie zagadnienia jak dawanie mleka, dojenie, wymiona, czyli co - piersi, cycusie w gruncie rzeczy.
Uff, Oddycham z ulgą

- Ten to z krowich synku, to Brie, ale ten na przykład to z kozich - ser kozi, a ten z owczych - owczy ser.

Synek usatysfakcjonowany wtapia górne siekacze w kremową masę.
Tym razem się udało. Ciekawe jak będzie następnym...

piątek, 19 kwietnia 2013

La la la! Ha, ha, ha! czyli nasze piątkowe gadułeczki

Jak tu jeszcze zmotywować dziecko do mówienia i twórczości językowej?
Najlepiej, żeby było to przyjemne, ciekawe i nietypowe...
Najlepiej się wspólnie zdrowo pośmiać!

U nas zaczęło się od piosenek. Uwielbiamy razem śpiewać, w zasadzie to śpiewamy zawsze, kiedy się tylko da, a nawet i nie da. Ostatnio do śpiewania doszedł i taniec, więc np. msze świete, w których uczestniczymy okraszone są także spontanicznym śpiewem i tańcem naszych dzieci...no coż, ale ja nie o tym...

Rechotanie przy śpiewaniu zaczęliśmy od "Ogórka", który, jak zapewne pamiętacie z dzieciństwa, wykonywany był przez również warzywne Fasolki. Nie wiem dokładnie jak się to stało, ale zapewne  Gabryś stwierdził, że zielony garniturek staje się banalny i zaczał ubierać ogórka w różne inne kolory. Odtąd w naszych piosenkach zamiast zielonego mudurka, rzeczony ogórek zaczął nosić: czerowny, niebieski, żółty, a nawet tęczowy, purpurowy, czy śnieżny garniturek.
Wszyscy bylismy zgodni, że jak garniturek był fioletowy, czy brązowy, to znaczyło, że ogórek jest już nieźle nadpsuty i sytuacja ta wywoływała salwy śmiechu. Zabawa była przednia, z całą szczerością zauważę tylko, że było to posunięcie wysoko nieempatyczne...

Po ogórku, na śmieszniku znalazła się "Babuleńka".


Nie wiem, czy pamiętacie to dzieło tradycyjne opowiadające o staruszce, która posiadała koziołka, pustego i niesfornego. Ów koziołek, jak na każdego przyzwoitego koziołka przystało, wyjadł babuleńce pole kapusty. Babuleńka w gniewie wygnała koziołka na rozstajne drogi i jak łatwo sie domyslić banitę zjadły w kolei wilki. Taki jest końcowy morał, chyba trudny do przełknięcia dla dzieci, nie ma bowiem prawdziwego elementu naprawczego, choćby takiego, by babuleńka najadła sie później do syta tą kapustą.
Faktycznie często mówiłam sobie, że czegoś mi z tej wersji piosenki brakuje. Do dnia, gdy Gabriel w przypyłwie inwencji tówrczej zaczął wymyslać ciąg dalszy historii. Powstały więc następne zwrotki o tym, jak to:

I wygnała kozła na rozstajne drogi
Koziołek był sprytny i nadstawił rogi
Fik Mik Fik Mik i nadstawił rogi (bis)

Wilki zobaczyły i się przestraszyły
Kozioł ucieszony: Bedę szukać żony
Fik Mik Fik Mik Bedę szukać żony (bis)"

oszczędzę Wam reszty zwrotek, tym bardziej, że zmienają się praktycznie co wieczora. Sens był taki: Kozioł usłyszał przepiekny śpiew ME ME dobiegający z wieży, uwolnił mieczem uwięzioną kozę, babuleńka musiała zaakceptować narzeczoną,, a po weselu kozia para miała wiele (liczba waha się w zależności od rachunkwych upodobań Gabrysia od  45 do 1000) dzieci. Przy takiej obstawie wilki nie miały szans i uciekały gdzie pieprz rośnie.
Pominę psychologiczny wydźwięk tej wersji historii o babuleńce. Efekt jest po prostu śmieszny. Szczególnie śpiewany przez mnie jako kołysanka (wymysł Syna) w wersji baladowej, tej skocznej z natury piosenki.
Ale Gabrielowi to odpowiada, koi i bawi. I chyba o to właśnie ma chodzić!


piątek, 22 lutego 2013

3. Piątkowe gadułeczki - przypadek na ławeczce


Gadułeczki można uprawiać wszędzie, ale jedne z naszych najlepszych są na spacerach.
Uwielbiamy spacerować, włóczyć się po lesie, zwiedzać, odwiedzać nowe i stare zakątki...a przy tym dyskutować, jak mówi Gabryś.

W ostatnią środę, wracając z zajęć muzycznych, przechodzimy obok dworca. Tuż przy torach, za ogrodzeniem, synek zauważa ławeczkę.

- Mama, co to jest?
- Eee, ławeczka
- A dlaczego tutaj?

No właśnie dlaczego? Drapię się po głowie. Dla turystów to na pewno nie... Jest! Mam!

- Dla panów, którzy pracują przy torach. Żeby mogli odpocząć.

Wiadomo, że we Francji jadło, komfort, wypoczynek i wakacje najważniejsze.

- A dlaczego na ławeczkach?

No tak, w Polsce przecież mogliby na ziemi, na kurtce, na skrzynce itd. ale we Francji są ławeczki.
Nie zagłebiam się jedank w wyjaśnienia różnic kulturalnych tylko rzucam:

- Gdyby nie było ławeczki, to musieliby siedzieć na torach
- albo na trawie - kontynuuje mój smyk
- albo na drzewie
- albo na gałęzi, zaczyna rechotać Gabryś
- albo na dachu
- albo na kablach, ha ha ha śmieje się do rozpuku synek

Wymienialiśmy jeszcze długo te różne ewentualności zaśmiewając się serdecznie, przechodnie na nas patrzyli z rozbawieniem, a w główce Gabrysia ćwiczyły sie różne rodzaje miejscowników.
Z takich gadułeczek można wykrzesywać dopełniacze, bierniki, celowniki...A jaka to niesamowita zabawa. Życzymy Wam wielu takich spacerów!



 Dla spostrzegawczych - słońce NA drzewie, przyuważone przez Gabrysia rankiem z naszych okien

piątek, 15 lutego 2013

2. Piątkowe gadułeczki - w polskim gaju


Nasza ostatnia zabawa została niewątpliwie zainsiprowana odcinkiem Bolka i Lolka pod tytułem Kłusownik. Chłopcy wcielają się w ptaszki, a ja jako niedobry kłusownik mam zająć się: najpierw pozbawieniem ich wolności, a następnie domniemaną konsumpcją. Piszę domniemaną, bo do spożycia oczywiście nie dochodzi, ptaszki są bardzo sprytne, (ulubione w tym momencie słowo Gabrysia) i wymykają się niezdarnemu i staremu !? kłusownikowi. Las wypełniony jest zasadzkami, pułapkami i polskimi słowami. Na końcu, tutaj bezsprzeczny wpływ ojcowskich baśni, kłusownik doznaje ogromnej przemiany moralnej w wyniku wypadku łamiąc nogę, ptaszki pomagaja mu przetrwać w głuszy, a on płacze rzewnie ze wzruszenia, obiecując, że już więcej nie będzie... Takie ma wyobrażenie Gabrys o polskim gaju.
Do historii ostatnio dołączyła się polskojęzyczna koleżanka chłopcow, teraz mamy więc już trzy ptaszki, które domagają się regularnie hasania po lesie.

Zabawa ta, podobnie jak zabawa w Królestwo pochodzi z pogranicza dramy i zabawy symbolicznej. Symboliczej miedzy innym dlatego, że używamy przedmiotów, którym przypisujemy symboliczne znaczenie, aby móc przeżyć wymysloną historię: klocki staja się gąsienicami dla ptaszków, pudełka po płatkach śniadaniowych pułapkami, chusty skrzydłami itd. Zabawa ta ma też elementy dramy, gdyż to właśnie dzieci tworzą scenariusz, z tego, co wypełnia ich wnętrze, powstaje on z ich pragnień, z ich lęków, ich głebokich i nie do końca uświadomionych potrzeb. A my nastepnie ten scenariusz odgrywamy pozwalając temu wszystkiemu się wyrazić, zrealizować, "przepracować" w dobrych, nie zagrażających, bo baśniowych warunkach. Dziecko może do woli identyfikować się z bohaterem, w sposób bezpieczny, bo to przecież tylko fikcja, zabawa, to nie ja, to ptaszek, który się boi, który ucieka, mierzy się z nieprzyjacielem, w końcu wygrywa, itd. To są niektóre bonusy psychologiczne, a oprócz tego to polski las, więc ptaszki w nim ćwierkają po polsku :-)

A w Gabrysiu te wszystkie historie rozbudziły pragnienie latania. A może to te pragnienia zrodziły właśnie takie historie...?




U Eli dzis na dobrą kawę zaprasza kelner Maks!

piątek, 8 lutego 2013

1. Piątkowe Gadułeczki - Ploteczki Szczoteczki i Łyżeczki

 
Sczoteczka i Łyżeczka to dwie przyjaciółki, i jak na prawdziwe przyjaciółki przystało, lubią sobie one czasami poplotkować. A tak naprawdę, polotkują one cały czas, przynajmniej my znamy je od takiej właśnie strony. Pomijając oczywiście ich względy utylitarne, które pozwolicie, że pominę.




Ploteczki Szczoteczki i Łyżeczki zrodziły się z pewnego szalonego pomysłu nakrapianego wybuchami śmiechu dwóch innych przyjaciółek i stanowią część zestawu Zabawy Tutusia.
Mówiąc poważniej. Cykl powstał po to, aby małe dzieci mogły zapoznać się z sytuacjami prostych dialogów, dostosowanych do codziennych ich doświadczeń.
Karta z rysunkami przedstawia łyżeczkę rozmawiającą ze szczoteczką. Wypowiedzi ich, umieszczone w dymkach, wprowadzają dziecko w świat dialogu. Są to bardzo krótkie i proste rozmowy, uczące dziecko odpowiednich reakcji w różnych sytuacjach komunikacyjnych. Te miniaturowe rozmówki mają być inspiracją do tworzenia domowych teatrzyków, co jednocześnie może uczyć dziecko zabawy symbolicznej.


Doskonałe jest wspólne czytanie Ploteczek, a następnie odgrywanie plotkowania przy pomocy prawdziwych szczoteczek i łyżeczek.
Leo i Gabryś  za tym przepadają, zabawa jest przednia! Można zaczynać plotkować już bardzo wcześnie, Leo w  wieku 12 miesięcy zaczynał już powtarzać Alo, Alo, wymachując łyżeczkami.
A o Gabrysiu i plotkarach to już będzie kiedy indziej...



wtorek, 5 lutego 2013

Tematy cykliczne

Oto nasz nowy pomysł! Zapraszamy serdecznie na nasze blogi: Blog EliMój blog we wtorki i w piątki. Wspólnie z Elą postanowiłyśmy zrealizować pomysł spotkań cyklicznych, poświęconych trzem tematom:


1. We wtorki: WTORKOWE CZYTANECZKI! – PLANUJEMY POKAZAĆ Państwu jak wprowadzać dziecko w świat języka poprzez czytanie. Będziemy zamieszczać co wtorek, każda z nas inne, propozycje zabaw, krótkich ćwiczeń, krótkie filmiki, zdjęcia, opisy pomocy lub zabawek służących nauce czytania naszych dzieci i dzieci, których rodzice nas o to proszą. Zaczynamy więc od zabawy - czytamy!

2. W piątki: PIĄTKOWE GADUŁECZKI! – zabawy i ćwiczenia służące wspomaganiu mówienia: krótkie rozmówki, dialogi, teatrzyki, rozmowy pacynek. Celem jest wsparcie języka mówionego naszych dzieci. Zaczynamy od zabawy - mówimy!



3. W środy lub czwartki: POŻYTECZNE Z PÓŁECZKI! – czyli prezentacja wszystkich ciekawych zabawek, książek, płyt, które znajdują się w naszych domach, na naszych półeczkach i służą pięknie i ciekawie (co jeszcze z nimi można zrobić…?)





Wiemy, że podejmujemy się pracochłonnego zadania, ze względu na cykliczność – ale spróbujemy podołać – w razie wielkiej niedyspozycji jednej z nas, będzie ona odsyłała na blog koleżanki

Zapraszamy więc do obserwowania pracy twórczej naszego duetu!!

Nie ukrywamy, że pisanie na forum, o tym co robimy, ma nas dopingować do częstej i wesołej zabawy z naszymi dziećmi oraz zachęcać innych rodziców do podobnych, polskich „wyczynów” !!
Faustyna i Ela

niedziela, 2 grudnia 2012

Drzewo genealogiczne

Najlepiej rozmawia się wieczorem, w łóżku, zaraz przed zaśnięciem. Można wówczas uszczknąć kilka dodatkowych minut, albo rzeczywiście wtedy jest najlepsza atmosfera na zwierzenia, pytania...
Dziś wieczorem Gabrysia wzięło na rozważania egzystencjalno-genealogiczne. Bez wątpienia stanowi to część jego teraźniejszych tożsamościowych dociekań.

- Mama, tu es née de qui? (dosł. z kogo się urodziłaś?)
- Babcia mnie urodziła
- Et toi mnie urodziłaś?
- Tak.
- Et urodziłaś Leopolda?
- Tak, jego też urodziłam...
- I urodziłaś też Tata?
- Nie, jego urodziła Mamie, jego mama. Tata jest moim mężem (trzeba bronić pozycji taty, ach ten Edyp...)
- Et Mamie urodziła Papi (dziadka)?

Piękny ten dialog, a ja w nim jeszcze widzę jak Gabryś postępuję w integrowaniu języka polskiego. Zaczął pytać po francusku, a potem stopniowo włączał do wypowiedzi formy, które usłyszał ode  mnie po polsku.
Często widzę w zabawie, że potrzebuje kilka razy powtórzyć dane słowo lub wyrażenie, zanim je opanuje.

A po tej dyskusji przyszedł czas na przebój ostatnich dni, czyli Ciemny Las. Kazano mi śpiewać i przepytywano ze słownika. A co to jest gaj? A ptaszęta? A gapa? No i co to za piosenka?